Ewangelia przypomina nam, że Jezus pościł czterdzieści dni na pustyni. Zanim rozpoczął swoją publiczną działalność,
wybrał ciszę, samotność i wielkie umartwienie. Nie po to, by coś komuś udowodnić, ale by być bliżej Ojca. Ten obraz zawsze bardzo mnie porusza, bo pokazuje, że post nie jest celem samym w sobie, ale drogą przemiany.
Wielki Post co roku staje przed nami jak zaproszenie. Nie nakaz. Zaproszenie, by się zatrzymać i zapytać siebie:
co we mnie naprawdę wymaga zmiany?
Każdy z nas najlepiej wie, jaki post może go najmocniej przemienić. Czego ma za dużo. Co zabiera mu czas, spokój, relacje, modlitwę. Dla jednego będzie to telefon, dla innego nieustanne narzekanie, dla kogoś plotkowanie, nadmiar słów, ciągłe ocenianie, a dla jeszcze kogoś uciekanie od ciszy.
Post, który ma sens, boli. Bo dotyka tego, co jest dla nas wygodne. Ale właśnie dlatego potrafi coś zmienić.
Nie chodzi o samą rezygnację, o „zaliczenie” wyrzeczenia. Chodzi o to, by poczuć brak, by zobaczyć, jak bardzo czegoś się trzymam, i by zrobić w sobie miejsce – na Boga, na drugiego człowieka, na refleksję.
Wielki Post zaprasza mnie do uczciwości wobec siebie. Do wybrania takiego umartwienia, które naprawdę mnie poruszy,
a nie tylko uspokoi sumienie. Bo prawdziwy post nie kończy się na tym, że czegoś sobie odmówię. On zaczyna się wtedy, gdy to, z czego rezygnuję, otwiera mnie na coś więcej.
Może więc warto w tym czasie, który rozpoczniemy w środę zapytać siebie nie tyle: z czego zrezygnuję?, ale raczej:
co ma się we mnie narodzić dzięki moim wyrzeczeniom? Bo post, który prowadzi do przemiany serca, zawsze ma sens.
Emilia